500 uczniów zaginęło podczas trwania kryzysu związanego z koronawirusem w Królestwie Niderlandów. Organizacja KidsRights domaga się, by rząd w Hadze podjął natychmiastowe działania, mające na celu ustalenie co stało się z setkami dzieci, z którymi z dnia na dzień stracono kontakt.

Wakacje w środku roku szkolnego

W Holandii, tak jak w wielu innych krajach Europy, z racji na epidemię COVID-19 zapadła decyzja o zamknięciu placówek oświatowych. Edukacja w szkołach skończyła się praktycznie na wszystkich szczeblach. Od żłobów do uczelni wyższych. Dzieci, jak i studenci mieli pobierać lekcję w domu, przez internet. Najmłodsi zaś uczniowie czy przedszkolaki mogli przebywać w domu wraz z rodzicami, ponieważ rząd specjalnie na ten cel wydłużył możliwość pobierania zasiłku opiekuńczego.

 

Wirtualne lekcje

Nauka miała przenieść się do sieci. Z tym na początku było bardzo różnie. Pierwsze dni wskazywały ogromne wykluczenie cyfrowe. Co ciekawe, dotyczyło one nie tylko uczniów, ale i nauczycieli. Część kadry miała problemy z poradzeniem sobie z wideokonferencjami i nauką na odległość. Na szczęście po paru dniach system udało się usprawnić na tyle, by teoretycznie wszyscy podjęli naukę. “Teoretycznie” ponieważ na początku kwietnia 5200 uczniów było offline. W wielu przypadkach dotyczyło to rodzin ubogich, czy wielodzietnych gdzie malcy nie mieli internetu lub dostępu do komputera, ewentualnie jeden PC czy laptop przypadał na kilkoro dzieci w wieku szkolnym. Problem ten jednak, między innymi dzięki interwencyjnym zakupom sprzętu, był systematycznie rozwiązywany.

 

Gdzie one są

Wydawało się więc, iż wszystko jest na dobrej drodze, do momentu, aż szkoły nie wznowiły edukacji. Chociaż ta odbywa się obecnie w trybie zmianowym, pokazała ona dość niepokojące dane. Około 500 uczniów nie pojawiło się w niderlandzkich szkołach. Co więcej, w przypadku tej grupy nie miała również miejsca wirtualna nauka. To zaś oznacza, iż pedagodzy nie mieli z dziećmi kontaktu od połowy marca.

 

Bierność władz

Sprawą tą zainteresowały się organizacje walczące o prawa dzieci takie jak wspomniana KidsRights oraz były rzecznik praw dziecka. Ten oskarża władze o całkowitą bierność. Rzecznik wskazuje, iż władza nie może rozpatrywać problemu „znikających dzieci”, jako sprawy związanej z edukacją. Taka ignorancja może bowiem zakończyć się tragicznie. Nie jest to bowiem problem edukacji a bezpieczeństwa najmłodszych z racji tego, iż wielu z zaginionych pochodzi z patologicznych rodzin.

 

Pozostań w domu z oprawcą

Służby martwią się, iż dzieci mogły paść ofiarami przemocy domowej. Zwykle przed tą chroniła je szkoła. Nauczyciel zobaczył siniaki albo zainteresował się nagłą nieobecnością podopiecznego. Ponadto oprawca bardzo często chodził do pracy. Teraz z racji na kryzys gospodarczy i zamykanie wielu przedsiębiorstw, często jest zamknięty wraz z ofiarą w domu. Tam również pije, gdyż bary i puby są zamknięte.

Dlatego też służby chcą natychmiastowego działania. Jeśli od tygodnia nie ma kontaktu z dzieckiem, policja powinna odwiedzić dom w którym mieszka. W tym celu ministerstwo sprawiedliwości, edukacji i spraw wewnętrznych muszą razem współpracować. Ponadto organizacje walczące o prawa dzieci zalecają, by wprowadzić specjalne rozporządzenia na przyszłość, pozwalające np. na niezapowiedzianą kontrolę domową uczniów w sytuacji, gdy nagle nauczyciele tracą z nimi kontakt. Ma to się przydać, jeśli np. na jesień nastąpi kolejna fala zachorowań prowadząca do zamknięcia szkół.

Artykuł 500 uczniów zaginęło podczas epidemii COVID-19 pochodzi z serwisu Głos Polski.